Szukaj

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Podróże. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Podróże. Pokaż wszystkie posty

Majówka za granicą: Wrocław - dzień czwarty

8 maja 2014

wrocław, panorana, skytower, sky, tower, majówka, knysz, polskibus, relacja

Nadeszła niedziela. Musieliśmy się spakować, posprzątać pokój, wyjść i już nigdy nie wracać. Tak też zrobiliśmy. Jako, że większość ciekawych miejsc już zwiedziliśmy zostało nam tylko Sky Tower i Centra Handlowe. Po 16 mieliśmy powrotnego PolskiegoBusa z dworca, więc trzeba było jakoś zając ten czas.
Śniadania nie zjedliśmy, bo nie chciało mi się robić, a była moja kolej. Przynajmniej kawę im zrobiłem.

Idziemy do Sky Tower


sky, tower, wrocław, skytower, panorama, galeria, handlowa, bilety,

Sky Tower to wielki penis. Tak wygląda z daleka. Na dole znajduje się galeria handlowa, a na górze biura i apartamenty. Cały budynek ma 49 pięter. Na ostatnim jest punkt widokowy do którego zmierzaliśmy. A poniżej do 11 piętra apartamenty. Są to najwyżej położone apartamenty w Unii Europejskiej.

Pierwszym krokiem było kupić bilety. Ulgowy 7 zł, Normalny 14. Dlatego, że niedziela. W normalny dzień 5 i 10 zł. Niestety dopiero na 14:30. Musieliśmy znów sobie jakoś czas zająć. 
Śniadania nie było to poszliśmy coś zjeść do maka. Większość zamówiła BigMaca z frytkami i napojem za 10 zł. Ja zamówiłem go z sałatką, bo nigdy nie jadłem sałatki w maku, a kolega samą sałatkę z kurczakiem i kawę.


Potem pochodziliśmy trochę po samej galerii. A, że nic nie było ciekawego i kolega chciał iść do empiku to pojechaliśmy do Renomy. 


karny, korwin, janusz, mikke, lewakowanie, wrocław, słup, skytower, sky, tower, majówka, renoma,
W czasie drogi spotkaliśmy Korwina.

Renoma to taka elegancka galeria handlowa. Znów pochodziliśmy po sklepach. Odwiedziłem TkMaxx, a potem posiedzieliśmy w Empiku. Boże jaki ten dzień był nudny. Aż mi się odechciewa o nim pisać.

Zjedliśmy po kręconym lodziku z automatu i wróciliśmy do Sky Tower.

Nie do końca miły bramkarz nas wpuścił i czekaliśmy na windę. W minutę wjechaliśmy na 49 piętro. I zaczęliśmy robić zdjęcia jak chińska wycieczka. 


sky, tower, skytower, wrocław, dół, widok, majówka, panorama
Łoooo jeżu, jak wysoko!

skytower, panorama, wrocław, wysoko, majówka
Wysoko i ładnie.

panorama, wrocław, sky, tower, skytower, chmury, cienie, majówka
Dopiero widzę na komputerze jakie te zdjęcia są ładne.
Jak fajnie chmury ująłem i cienie ich na mieście.

panorama, skytower, wrocław, majówka
Było widać wokół Sky Tower wszystko.

skytower, rynek, panorama, wrocław, majówka
Tam w oddali widać taki budynek z wieżą.
W nim byliśmy drugiego dnia.
Niezła różnica wysokości.
Ciekawe ile schodów jest w Sky Tower.

W sky tower jeszcze szukali keszy. A potem poszliśmy do biedotki i na obiad jakiś.

Knysz i powrót

Wysiadając rano koło dworca zobaczyłem budkę z jedzeniem, a tam w ofercie Knysz. Co to kurde jest ta knysz? Od razu sięgnąłem do internetu i szanowny streetfood polska mi wyjaśnił.
Ogólnie rzec ujmując knysz to kebab, tylko zamiast gyrosu można zamówić ją z warzywami. Co jest podstawową wersją. Ale jak ktoś ma ochotę na mięso to może wziąć z parówką (parówka i mięso, heh), hamburgerem, kotletem w panierce czy nawet z gyrosem. Zabawne. Kebab, który nie nazywa się kebab. 



knysz, wrocław, danie, wrocławskie, dworzec, pkp, majówka, kebab,


Wziąłem sobie Knysz z kotletem w panierce. Dostałem bułkę od kebaba, do niej kotleta, który chyba był mortadelą z serem w środku i wielkie ilości warzyw. Typowe danie wrocławskie. HEH. 
Posiłek bardzo dobry i sycący. Choć dupy mi nie urwał. Po jakimś czasie już mi się nie dobrze robiło od tego sera z mortadelą. Ale zjadłem całą. To na pewno lepsze niż razem z resztą znów jeść w KFC. No ile można jeść te sieciowe fast foody. Pewnie wydałbym, więcej i się nie najadł.

Najedzeni poszliśmy na autobus. Osób od groma. Przez chwilę bałem się, że mimo, iż mamy bilety nie dostaniemy się do środka. Ale się udało. Dostaliśmy jeszcze soczek i herbatniki na drogę i usiedliśmy na górze. W między czasie pożegnaliśmy się z nowymi znajomymi z Dąbrowy Górniczej.

Sam przejazd był lekko masakryczny. Gorąco, miejsca mało, a głupi chu...znaczy kolega za mną nawet nie dał mi troszkę rozłożyć siedzenia. Dzięki czemu przez całą podróż musiałem siedzieć jak bym miał kij w dupie i było mi nie wygodnie. Nie było nawet jednego postoju... a i tak się spóźniliśmy. Dobrze, że nie potrzebowałem do toalety. 

Po wyjściu z busa tak mi ścierpły nogi, że miałem problemy z chodzeniem. Ale w końcuWarszawa. Będę choć na chwilę mógł od szalonych koleżków odpocząć. A jutro na praktyki.

Podsumowanie

I tak kończy się ta czterodniowa przygoda. Trzeba wrócić znów do normalnego życia. Szkoła i praktyki.
Do Wrocławia się chętnie wybiorę jeszcze raz. Aby zobaczyć Zoo i teren  wokół hali stulecia w dzień. Oraz popróbować innych piw w tamtych lokalach.

Mimo wszystko Wrocław dupy mi nie urwał tak jak Gdańsk. Ale to może ze względu na pogodę. A może ze względu na atmosferę tam panującą. Ważne, że zdobyłem trochę doświadczenia. Choć tak naprawdę nic prawie nie załatwiłem na ten wyjazd. To wiem choć jak wygląda latanie, przejazdy polskim busem, czy mieszkanie w schronisku młodzieżowym. Chciałbym w przyszłości podróżować, więc trzeba się wdrażać jak najszybciej.



Czytaj dalej ...

Majówka za granicą: Wrocław - dzień trzeci

7 maja 2014
pokaz, światło, woda, dźwięk, wrocław, fontanna, majówka, relacja, pergola, ogród, japoński, hala, stulecia


Trzeciego dnia myślałem, że zabije Darka. Darek to ten koleś, gdzieś tam wysoko, który odpowiada za pogodę. Mówiłem: "Darek słońce". Ale ten mnie nie słuchał i cały dzień było mokro i zimno. Masakra. Co chwilę miałem ochotę znów iść do jakiegoś pubu czy gdzieś, gdzie było ciepło. A niestety to był 3 maj, więc większość była pozamykana. Ale co mieliśmy poradzić. O 10 musieliśmy wyjść, a na 12:30 mieliśmy wejście do Panoramy Racławickiej.


Kierunek Panorama Racławicka vol.2

Dojechaliśmy na panoramę z godzinę wcześniej. Na placu przed były obchody trzeciomajowe. Konie, wojsko i kamery. Szybko czmychnęliśmy między nimi do środka, bo piździło niesamowicie.
Tego dnia już nawet dwie kurtki nie pomagały. Czemu ja głupi bluzy nie wziąłem. Tylko w koszuli latałem.

Czekaliśmy na te upragnione wejście, oglądając co się dzieje na placu i ogarniając jakąś kawiarnie, żeby się czegoś ciepłego napić. W końcu 12:30. Idziemy do wejścia. Przez bardzo fajny korytarz zakręcony jak ślimak. I nagle wyszliśmy na dwór. Znaczy jak się doszło do tej panoramy to pierwsze wrażenie było takie, że jesteś na dworze. Ale to tylko obraz wokół sali z makietą 3D przed nim.

panorama, racławicka, wrocław, majówka, relacja, daniel, olbrychski, insurekcja, kościuszkowska, 3, maj, konstytucja


Ten fragment nie oddaje nawet części tego jakie to wrażenie robi niesamowite. Choć przynajmniej nie widać na nim gdzie kończy się obraz, a zaczyna makieta. Połowa tego płotu w prawym dolnym rogu jest prawdziwa.

Na początku byłem sceptyczny co do pójścia na jakąś tam panoramę racławicką. Ale nie żałuje, że poszedłem. Naprawdę robi wrażenie. Jest to jedyna taka panorama w Polsce. Składa się z czterech głównych części w jednym obrazie wokół sali. O każdej z głośników opowiada nam Daniel Olbrychski.
Obraz przedstawia  pierwszą zwycięską bitwę podczas Insurekcji Kościuszkowskiej. Dokładnie  bitwę pod Racławicami, która odbyła się w 4 kwietnia 1794 roku. Czyli rok przed trzecim i ostatecznym rozbiorem polski. Dokonanym przez Prusy, Rosję i Austrię.
Na obrazie namalowanych jest wiele postaci historycznych. Między innymi sam Kościuszko czy generał Zajączek.

To idziemy na tą kawę czy nie?

Zaiste idziemy. Ale gdzie? Padła propozycja Literatki. Mała kawiarnia na rynku. Dużo książek i piwa można się napić. Zapewne bardzo klimatyczne miejsce. Ale ciasne. Nie było już miejsca, więc nie weszliśmy. A dodatkowo, było zbyt kulturalne dla kolegi, który na miasto wyszedł w dresie...ma się te znajomości.

Drugim miejscem był Merlin. Też kawiarnia. Już większa. Ludzi w środku dużo, ale byśmy się zmieścili. No cóż, miejsce jeszcze bardziej zakulturalne dla mojego szanownego plebsu. Znaczy się kolegów.
Poszliśmy dalej. I bardzo dobrze. Bo lokal do którego dotarliśmy był zajebisty. Prawie zajebisty, bo kelnerka zapomniała o jednym zamówieniu. Ale nic się nie stało, tylko trochę dłużej poczekaliśmy.


grill, bar, pod latarniami, wrocław, majówka, relacja, karczek, grzaniec, piwo, pierś, kurczak


Jak widać wyżej lokal nazywa się pod latarniami. Dlaczego? Bo w środku są latarnie. Jest to pijalnia piwa. Bardzo dobrego piwa. To zabawne, bo poszliśmy na kawę, a skończyło się na piwie i obiedzie. Dziś udało się zapłacić mniej. Aż się zdziwiłem jak dostałem rachunek na 22 zł tylko. A kupiłem grzańca i karczek z kluskami śląskimi. Jeszcze nie mam nawyku robienia zdjęć każdemu jedzeniu, ale to wyglądało dobrze. A smakowało jeszcze lepiej.

Myślałem, że za grzaniec zapłacę co najmniej 8 zł. A tu niespodzianka. Tylko 6, czyli tyle ile za piwo użyte do tego grzańca. A jeszcze były w nim dodatki. Jak pomarańcz, czy przyprawy. Bardzo dobry.
Ale i tak najlepsze było piwo, które zamówił kolega. Nie pamiętam nazwy, ale wiem, że było ciemne i miodowe. Pycha. Ideał.

Za karczek dałem 16 zł. Najdroższe danie ze wszystkich. #jebaćbiedę! Bardzo przyjemny w smaku, miękki. Kluski śląskie również mi smakowały. Dostałem jeszcze do dania sałatkę z sałaty. Ale nie spróbowałem. Oddałem koledze, bo nie lubię sałaty ze śmietaną. Czy coś w ten deseń.
Inni zamówili do jedzenia karkówkę i pierś z kurczaka. A do picia kawę. Tylko, że z kawą był problem, że ponoć słabo działał im spieniacz mleka. Ale jak koleżanka zamówiła swoją kawę, to pianka była całkiem ładna.

Bardzo chętnie wybrałbym się tam jeszcze raz. Mają duży wybór genialnych piw lanych i butelkowych i dobre tanie jedzenie. Idealne miejsce. Pewnie, gdybym mieszkał we Wrocławiu to by był mój ulubiony lokal.

Idziemy w miasto w poszukiwaniu keszy.

Najedzeni rzuciliśmy się w to zimne i mokre miasto. Aby trochę lepiej zwiedzić rynek. I inne części miasta. Do koncertu Jamala na, który chcieliśmy iść zostało trochę czasu to mogliśmy się poszlajać. 

Dominika jest zapaloną poszukiwaczką keszy od geocatching. Czyli małych skrytek, w których ukryte są jakieś upominki lub kartka na którą trzeba się wpisać. Gdy się bierze upominek trzeba dać inny upominek. Z kartkami jest lepsze to, że są mniejsze i łatwiejsze do schowania. Dlatego najczęściej są to właśnie kartki. Najpierw spędziliśmy z półgodziny koło jednego mostu w pobliżu wyspy słodowej, gdzie próbę miała akurat Mela Koteluk.

Potem już zmęczony staniem i patrzeniem jak szukają skrytki po krzakach ruszyłem przed siebie i znalazłem ten słynny most miłości, który cały obwieszony jest kłódkami z imionami, datami i serduszkami wyrytymi na nich. Zaraz do mnie dołączyła reszta wycieczki i poszliśmy dalej.

Przeszliśmy przez miejsce, gdzie co 50 metrów był kolejny kościół. Dobrze, że nie chcieli zwiedzać wszystkich i weszliśmy tylko do tego największego i najważniejszego. Nie mam pojęcia jak się nazywał. Jak by to w ogóle było ważne. Był momunemtalny. Weszliśmy do niego głównie, aby się trochę ogrzać. A głównie ja tam wszedłem z takiego powodu.

Potem poszliśmy nad zatamowany fragment rzeki. Szukać kolejnych keszy. I znów się nie udało. Skrytek w całym mieście jest mnóstwo. Tak w ogóle są one rozłożone po całej Polsce i całym świecie. Bo taką skrytkę robią losowe osoby i zaznaczają punkt GPS w którym jest oraz piszą podpowiedzi w aplikacji na telefon.

pająk, geocatching, wrocław, kesz, skrytka, majówka, 3majówka, jamal, relacja
W dziurze w kolumnie 
był oto taki przyjaciel.

Pierwsza skrytka w życiu znaleziona! YUPI! Za oto takim pajongiem. Gdy go pierwszy raz zobaczyłem, aż mną wstrząsnęło i miałem ochotę uciekać jak najdalej. Ale się uspokoiliśmy i go posmyraliśmy, aby sprawdzić czy jest prawdziwy. A następnie sprzętem, który widocznie założyciel skrytki zostawił, aby można było go wyciągnąć wyjęliśmy pajonga z dziurki. Pająk okazał się zatyczką do próbówki, w której była karteczka. Z 10 minut męczyliśmy się, aby w ogóle ją wyjąć. Musieliśmy, aż przepiłować troszkę próbówkę.
Ale się udało. Zapisali się na liście. Schowaliśmy próbówkę i pajonga na swoje miejsce. Zostawiliśmy wyjmowaczkę i długopis na miejscu i poszliśmy dalej. Na koncert Jamala

Koncert Jamala.

Gdybym wiedział, że 2 i 3 maja będą takie dobre koncerty we Wrocławiu to bym kupił sobie bilet. Były drogie, ale warte wydania pieniędzy. Choć można było też stać w pobliżu wyspy słodowej na której to się odbywało i też dobrze wszystko słyszeć. Tak też za sprawą naszych wielkich fanów Grubsona postanowiliśmy iść na koncert Jamala. Długo to on nie pograł. Miał zacząć grać o 16. Zaczął wcześniej. Nim obeszliśmy całą wyspę dookoła on już przestał grać. Bo ponoć był chory. Tak naprawdę chyba tylko rozgrzał publikę przed koncertem właściwym, bo jak już ruszyliśmy dalej znów zaczął grać.

Gdzieś po drodzę zrobiłem jeszczę fotkę takiej wielkiej ważki. Ładna jest.

wrocław, ważka, majówka, relacja
Przerażający Ważek.

Sky Tower podejście pierwsze


penis, sky, tower, skytower, kutas, punkt, widokowy, wrocław, majówka, bilet, relacja

Ruszyliśmy w stronę wielkiego penisa. Wyrastającego ponad cały Wrocław. Sky Tower. Dominika uparła się, abyśmy tam poszli. W końcu najwyższy punkt miasta. Na początku nie byliśmy chętni, ale potem coraz bardziej dawaliśmy się przekonać. I dobrze. Bo warto to zobaczyć. Niestety nie dziś. Biletów brak.

rozpływający, czas, salvador, dali, sky, tower, skytower, wrocław, majówka, relacja
A przed wejściem
czas się rozpływa według Daliego.

Coś mnie ten Wrocław za dużo wkurzał. Było mi zimno i chciałem się wykąpać. Dlatego po smutnej wiadomości, że nie ma biletów odłączyłem się od grupy, aby pojechać do schroniska. Oni poszli jeszcze przed budynek, który widać w teledysku Grubsona - Naprawimy To. A ja wsiadłem w 125, pojechałem do Dworca PKP, a stamtąd N-ką do schroniska. 

To może pokaz światło, woda, dźwięk.

Plan na wieczór był taki. Najpierw idziemy na pokaz fontann, a potem na jakąś imprezkę. Najpierw pojechaliśmy na Plac Grunwaldzki, który wyglądał jak mniejsza stacja  Centrum. Miejsce w środku miasta z którego możesz dojechać wszędzie. Też był takie dachy jak w centrum. Tylko, że tu były też tramwaje i nie była to pętla.
iglica, hala, stulecia, wrocław, pergola, fonntana, pokaz, dźwięk, światło, woda, zoo, relacja


Stąd pojechaliśmy w pobliże Hali Stulecia. Gdzie była właśnie ta fontanna, wielka iglica, pergola i ogród japoński. A po drugiej stronie ulicy ponoć najlepsze Zoo w Polsce, do którego niestety nie poszliśmy przez cenę za wstęp. 
Samo miejsce jest bardzo ładne. Pewnie w dzień byłoby jeszcze ładniejsze.

W samej hali była jakaś impreza, która wyglądała na wesele. Ale było to co innego. To nie ważne. Ważne, że mieli fontannę czekoladową. Jadłbym.
Sam pokaz był bardzo ładny. Zdjęcie z samego początku jest właśnie z tego pokazu. 
Według mnie był dużo ładniejszy od tego w Warszawie.  Choć Barcelony nic nie pobije. Może dlatego, że jest ona większa od tej warszawskiej. I ma dużo lepiej ustawione te pompy to wyrzucania wody.


Idziemy na imprezkę podejście drugie.

Tym razem darowaliśmy sobie te klubomordownie i chcieliśmy iść do jakiegoś lokalu z klimatem, piwem i parkietem. Plan był, aby iść do Gradientu. Tam, gdzie wczoraj byli, gdy już poszedłem. Niestety miejsca brakowało, więc tam nie zostaliśmy na dłużej. Ale miejsce rzeczywiście fajne. Na tyle fajne, że spotkałem tam kilku Youtuberów. W czym Marco i Lisie Piekło. Ten uczuć, gdy youtuber pamięta twoje nazwisko z komentarzy pod filmikiem :D

Tak było. Podszedłem do Marco, aby się zapytać co robi tu we Wrocławiu, akurat w tym pubie i czy mnie pamięta z Level Up'a w Warszawie. A co mógł robić. No był na majówkę i pił. Na prawdę nie wiedziałem co mogę powiedzieć osobie, którą znam tylko z internetu. Ale, gdy zapytałem czy mnie pamięta. To nawet wymienił moje nazwisko. Nie wiem czemu się tym jaram, ale jakoś tak czuje się fajny i wyróżniony.
Pożyczyłem im miłego wieczoru i poszliśmy na plac tych mordowni, aby spróbować jeszcze raz coś fajnego tam znaleźć.



Udało się. Zobaczyłem multitap o nazwie Szynkarnia. Gdy zobaczyłem, że to multitap, czyli wiele kranów do lania piwa miałem gdzieś co inni myślą i zaciągnąłem ich tu. Połowa ekipy była zadowolona, mimo, że piwo było drogie. A druga połowa ze smutnymi minami siedziała i przez długi czas nawet piwa nie wzięli. 

Nawet im dosłownie powiedziałem, żeby:"spierdalali", bo ja nie chcę nikomu psuć wieczoru. I jak chcą niech sobie pójdą gdzie indziej. Mi tu dobrze i tu zostaje. Nie zadziałało. A chciałem tylko, aby się lepiej poczuli i nieczuli uwięzieni z nami. Sam jak bym się czuł gdzieś źle to bym sobie poszedł, albo chociaż bym był wkurzony jako oni. Potem nawet piwo wzięli.

A ja wziąłem pyszne piwo wędzone. Które smakowało szynką wędzona. Nazywało się ono dymy marcowe. Po nazwie własnie tak wywnioskowałem, że będzie wędzone. Kolega za to wziął piwo, które smakowało krwią. W końcu nazywało się Rżnięte. Więc bardzo możliwe, że była w nim krew.

I w sumie na tym skończył się ten dzień. Jutro już ostatni dzień przygód. 
Czytaj dalej ...

Majówka za granicą: Wrocław - dzień drugi.

6 maja 2014
wrocław, wieża, panorama, majówka, relacja, wyjazd

Dnia drugiego był 2 maj. Dzień zapoznania się z miastem i współlokatorami, którzy to do Wrocławia przybyli z Dąbrowy Górniczej. Miasta Dawida Podsiadło. Od razu z rana udało się niewiastę przenieść do innego pokoju i wprowadzić tu naszego czwartego członka ekipy. Dowiedzieliśmy się również, że o 10 musimy wyjść ze schroniska i możemy wrócić dopiero o 17. Trochę to smutne, bo pospać nie można. Ani spokojnie rano się ogarnąć. Ale dobre pod względem tego, że będzie więcej czasu na zwiedzanie.


Podczas śniadania zapoznawaliśmy się Dominiką i Mateuszem, którzy mieszkali z nami w pokoju. Troszkę śmieszków, troszkę gadania i ustaliśmy, że wieczorem idziemy razem do klubu. A w ostateczności tak wyszło, że nasza czteroosobowa ekipa powiększyła się do sześcioosobowej na cały wyjazd.

Równo o 10 pani "która tu nie pracuje", a może to jednak kierowniczka była powiedziała, żebyśmy spadali, bo musi iść do domu. Tak też uczyniliśmy. Skoczyliśmy szybko po bilety 3 dniowe i polecieliśmy na miasto.

Kierunek Panorama Racławicka


kościół, wrocław, michał, anioł, majówka, wyjazd, relacja

Jak to często zdarza się w obcym mieście jeszcze nie ogarnięci co gdzie jest i w którą stronę, wysiedliśmy kilka przystanków za wcześnie. Ale to dobrze. Zrobiliśmy sobie pierwszy spacerek po Wrocławiu. Odwiedziliśmy bardzo ładny kościół Michała Anioła.
I przeszliśmy przez pierwszy z 303 mostów rozsianych we Wrocławiu nad Odrą. Dalej zastanawiam się ile by zajęło przejście ich wszystkich. My nawet przez 50 nie przebyliśmy. Na rowerze bardzo chętnie bym to zrobił.
Tak w ogóle to we Wrocławiu też są rowery miejskie. Takie same jak w Warszawie tylko inaczej się nazywają. Ale ponoć działa to samo konto.

Doszliśmy do Panoramy. Niestety na dziś już nie było biletów, więc kupiliśmy na dzień następny. Bardzo fajne jest to, że kupując bilet na panoramę mamy od razu wejściówkę do muzeum narodowego i etnograficznego. I to tylko za 18 zł - ulgowy. To drugie sobie darowaliśmy. Ale za to poszliśmy od razu do narodowego.

Muzeum Narodowe


Nie wiem ile tam spędziliśmy czasu. Ale po jakimś czasie już rzygałem tym wizerunkiem Jezusa. Wszędzie Jezus. Jezus, Jezus, Jezus. Jezus na krzyżu, Jezus pod krzyżem, Jezus i jego rodzina, Jezus i Jezus. Pierwsza wystawa była o sztuce w ileś tam wiecznym śląsku. Oni na prawdę nie mieli co malować tylko Jezusa i sceny z biblii. Przyznam, że niektóre dzieła były na prawdę ładne. Ale bez przesady. Ile można oglądać i zachwycać się kolejnym Jezusem.

Ruszyliśmy dalej. Sztuka Polska.

sąd, ostateczny, muzeum, narodowe, Wrocław, sztuka, polska, śląsk, śląska, majówka, relacja
Oczywiście znów dużo obrazów religijnych. 

robert de niro, wrocław. muzeum, narodowe, majówka, relacja
Ale znalazłem też Roberta De Niro.

nieosiągalne, schody, wrocław, muzeum, narodowe, majówka, relacja
 A na samym początku wystawione są
nieosiągalne schody. 

Bardzo ciekawe.

grzejnik, sprzęt, muzeum, narodowe, wrocław, majówka, relacja
Choć mimo wszytko najbardziej
 spodobał mi się ten sprzęt.

ryj, język, morda, muzeum, narodowe, wrocław, majówka, relacja
Śmiechłem.

rękawica, zbroja, muzeum, narodowe, wrocław, majówka, relacja
Ciekawie zrobiło robiło się dopiero
 na korytarzach, gdzie pokazywali
 fragmenty zbroi.


topory, toporki, strzelby, pistolety, skałkowe, broń, polska, muzeum, narodowe, wrocław, majówka, relacja
A takimi strzelałem w Assasin Creed.


obraz, gra, światła, ogień, muzeum, narodowe, wrocław, sztuka, polska, majówka, relacja
Ten obraz spodobał mi się najbardziej. Głównie dzięki grze światła.
Następnie poszliśmy do sztuki współczesnej. I to jest najciekawsza część muzeum ze wszystkich. Tyle dziwnych i niesamowitych rzeczy, które ja tam widziałem. Jakieś odlewy ludzi. Jakiś obraz gdzie facet sika na kobietę, a podpisane jest mycie włosów. Przerażające postacie. Dziwne obrazy. Ale wszystko niesamowicie ciekawe.


epicki, kot, współczesny, muzeum, marodowe, wrocław, sztuka, współczesna, majówka, relacja
Epicki kot jest epicki.

Sztukę Europejską tylko szybko obeszliśmy nie bardzo patrząc na kolejne wizje Jezusa. I ruszyliśmy dalej w przygodę.

Czas coś zjeść: Sztrass Burger


fritz-kola, napój, sztass burger, burgerownia, burger, frenczburger, sałatka, wrocław, hipster, hipsteriada, majówka, relacja

Przed wyjazdem z Warszawy uznaliśmy, że musimy iść na jakiegoś dobrego burgera. Padło na Sztrass Burgera. Zachęciły nas ceny i Frenczburger.
Na początku chcieliśmy skoczyć na jakiegoś popołudniowego browarka. Ale, że znaleźliśmy się akurat przy burgerze do którego i tak chcieliśmy iść to tam poszliśmy.
Czysta hipsteriada. Wziąłem Frenczburgera z sałatką za 21 zł i oryginalną Fritz-kole za 7. Napojów był taki wybór, że bałem się, ze wydam wszytko co miałem. Dobrze, że umiem się powstrzymać. 

Burger bardzo dobry. Smaczne mięso. Pyszny sos musztadrowy. A do tego słodki smak cebuli oraz ser kozi i pleśniowy. Czyste szaleństwo smakowe.
Fritz-kola troszkę inaczej smakuje niż oryginalna. Ale nie rozumiem jej fenomenu i czemu, aż tyle kosztuje.
Sałatka też była bardzo dobra. Z kapusty.
Kolega za to wziął frytki zamiast surówki. Były bardzo dobre. Grube. Można na nie fajnie polać ketchup.
Ketchup też mi smakował. Był bardzo pomidorowy.
Polecam wybrać się do Sztrass Burgera jak będziecie we Wrocławiu. Choć jest tu duża i dobra konkurencja.

Zwiedzamy dalej


Nie będę już jakoś bardzo przedłużał. Poszliśmy na rynek. Za moim pomysłem weszliśmy na wieże. Razem wyliczyłem 305 schodków. Porobiliśmy tam zdjęcia. Podpisaliśmy się w kilku miejscach i poszliśmy dalej. Na piwko do Małgośki. W pobliżu wieży. Strasznie drogie piwa. I lokal taki sobie. Ale nic lepszego nie było. Wziąłem na spróbowanie Żywiec Bock. Ciemny i bardzo dobry. Muszę spróbować dwa pozostałe.

W całym Wrocławiu rozmieszczonych jest ponad 200 krasnali. Oczywiście zatrzymywaliśmy się przy każdym, aby Dominika mogła zrobić zdjęcie. Ja się jakoś nimi nie fascynowałem. I nie znam ich historii. Może następnym razem.

W końcu pojechaliśmy do schroniska, aby trochę odpocząć i wieczorem wyskoczyć na jakąś imprezkę.
Kierownik wycieczki został. A my poszliśmy. Nie powiedziałbym, żeby to był udany wieczór. Mieliśmy najpierw iść potańczyć do jednej mordowni o nazwie Mundo. Ale wpuszczali od 21 lat. We wszystkich kolejnych było tak samo. W końcu weszliśmy do jakiegoś klubu, gdzie ochroniarze nie wyglądali na zbyt przyjaznych. Potem wyczytałem w internecie, że potrafią okraść takiego nawalonego kawalera.

Wchodząc tam straciłem tylko czas i 11 zł. Jako, że było zimno to miałem na sobie dwie kurtki za oddanie których musiałem oczywiście zapłacić od sztuki. Już się wkurzyłem. Ale co tam olać to. Były dwie oddzielne sale. Aby wejść do jednej trzeba było zapłacić 5 zł. Aby do drugiej kolejne pięć. Weszliśmy do tej, w której było więcej ludzi. Ale okazało się, że to impreza salsowa. No nieźle. Chwilę posiedzieliśmy skoro już zapłaciliśmy. Wynudziliśmy się i wyszliśmy, wiedząc, że więcej tam nie wrócimy.

W ogóle to tam gdzie był ten klub jest cały plac z samymi klubami i pubami. Dopiero trzeciego dnia tam na coś świetnego trafiliśmy. A w sumie to ja. Ale o tym w następnym wpisie.
Wkurzony, zziębnięty i mokry uciekłem reszcie grupy i pojechałem do schroniska. Oni ponoć znaleźli bardzo fajne miejsce (tak było) i wrócili koło trzeciej. Mogłem dać jeszcze jedną szansę nocnemu życiu we Wrocławiu. Ale miałem już tego wszystkiego serdecznie dość.

Mam takie przemyślenie końcowe. We Wrocławiu miałem wrażenie, że w każdej chwili mogę dostać w ryj. Ludzie nie przyjemnie wyglądali, są smutniejsi i wysyłają negatywne fale. A do tego jest tam mało ładnych dziewczyn.

W następnym poście kolejny dzień przygód.


Czytaj dalej ...

Majówka za granicą: Wrocław - dzień pierwszy

5 maja 2014

ryanair, wrocław, modlin, warszawa, boeing 737, relacja, lot,
Ta powalająca jakość telefonu. Nic na to nie poradzę.
Najlepsze jest to, że te światło z boku wygląda jak wybuch.


Dawno nie przeżyłem tyle pierwszych razów co podczas jednej wycieczki do Wrocławia. Pierwszy lot samolotem, pierwszy przejazd polskim busem. Pierwszy raz widziałem wiele rzeczy takich jak panorama racławicka czy muzeum narodowe we Wrocławiu. Gdyby jeszcze tylko była ładna pogoda w tą majówkę to by było zajebiście. Ale nie, przez dwa dni deszcz, a dopiero w niedzielę słonecznie. Ale i tak chłodno. 
Dlaczego piszę, że "Majówka za granicą"? To wszystko przez lekko stronniczych, którzy mówią, że Wrocław nie jest częścią Polski i tak już mi zostało w głowie. 
Byłem tam cztery dni, a wszystko się zaczęło, że kolega znalazł lot do Wrocławia na majówkę za jakieś marne grosze. Dokładnie 37 zł. Już powrót był droższy.


Lot.

1 maja o 21:45 mieliśmy wylot z lotniska w Modlinie. Najgorszy był dojazd. Kilka godzin przed wyjazdem na lotnisko kolega zaczął nas straszyć, że nie jeżdżą pociągi. I będziemy musieli wydać 150 zł na taksówkę lub 120 na Modlinbus. Już zaczęliśmy nawet znajomych się pytać czy by nas nie podwieźli. 
Na całe szczęście to tylko przeoczenie i pociągi jeździły normalnie. Prócz SKM-ek.


Udało nam się dojechać do Modlina. I pomyśleliśmy, żeby zaoszczędzić te kilka złotych pójdziemy ze stacji na lotnisko na piechotę. Po 5 minutach i uświadomieniu sobie, że idziemy w złą stronę i byśmy szli prawie godzinę szybko zdecydowaliśmy się na przejazd autobusem. Zdążyliśmy kupić bilet i wsiąść przed samym odjazdem.

Dotarliśmy na lotnisko. Jest dużo mniejsze od tego w Warszawie. Jak to ja. Oczywiście wszystkim się jarałem i chciałem zrobić wszystkiemu zdjęcie. Co spowodowało, że mój niedawno kupiony telefon jest już uszkodzony. Przechodzenie przez te całe bramki było stresujące. Nie wiedziałem co mam wyjąć z plecaka, co zostawić. I wkurzałem tylko kolegę przede mną kolejnymi pytaniami. Jak by on kurde wiedział. Też leciał pierwszy raz. Na szczęście poszło wszystko sprawnie bez problemu. Zostałem cały przemacany jak jakiś międzynarodowy terrorysta.



Potem czekanie na 21:45. Tyle czekania. Ale co poradzić. Mogłem tylko siedzieć i czytać książkę. 
W końcu nadeszła upragniona godzina. Wołają lud do wejścia numer 4. Stoimy, czekamy. Pani przechodzi przez kolejkę i stempluje karty pokładowe. Wchodzimy na płytę. Kierujemy się w stronę naszego Boeinga 737 od Ryanair. Pani krzyczy na nas byśmy szli za nią, bo trochę skręciliśmy, aby zrobić zdjęcia.
Idziemy do tylnego wejścia. W końcu w środku.

skrzydło, ryanair, wrocław, modlin, boeing 737,

Szukamy naszych miejsc. 19D. Siadam i robię fotkę tego, że siedzę na skrzydle. Jak dobrze pamiętam na skrzydle najmniej trzęsie. Jaram się jak dziewica wibratorem i jednocześnie denerwuje. Bo czuje, że mam coraz mniej powietrza. Zastanawiam się również czy nie zwrócę big maca, którego wcześniej zjadłem. 
W końcu wszyscy się załadowali. Wszyscy siedzą.  Pilot się wita. Stewardzi przekazują informacje. Pasy zapięte.
Wykręcamy na pas startowy. Przyspieszamy, przyspieszamy. Wbija nas w fotel. I wzium. Jesteśmy w powietrzu. Uczucie jak na diabelskim młynie. Straszne zamulenie. Ale wszystko się uspokaja, gdy już lecimy na stałej wysokości. 

boeing 737, ryanair, wrocław, modlin, majówka

A wtedy się zaczyna. Kup pan napój, kup pan perfumy od Ryanair. Kup pan to, kup pan tamto. A na koniec jeszcze zdrapki. No kurde. Latający sklep. Słyszałem, że można kupić coś w samolocie. Ale nie spodziewałem się, że to tak wygląda. "Zaraz będzie można kupić jakiś napój, również alkoholowy. Jakieś jedzenie"- idzie informacja na samolot. Za chwilę przez samolot przebiega dwóch stewardów z wózkiem.
Potem kolejna informacja o sprzedaży perfum czy czegoś tam. Roznoszą gazetki. Przebiegają stewardzi. 
Potem jeszcze zdrapki. Chyba nikt nic nie wygrał. Taka szkoda.

Informacja, że będziemy wcześniej. Widać już światła Wrocławia. Zaraz lądujemy. Tak samo jak przy starcie gasną wszystkie światła. Wychodzą kółka. Schodzimy niżej i niżej. Nagle JEB. Jesteśmy już na ziemi. Samolot się zatrzymuje. Nikt nie klaszcze (dziwne). Wysiadamy i jesteśmy już na lotnisku we Wrocławiu. Lecieliśmy 40 minut. Ponad 10 razy szybciej niż wracając. Oczywiście po drodze jeszcze jakieś fotki samolotu. 
Lotnisko przypomina mi Dworzec Wschodni w Warszawie.

ryanair, boeing 737, wrocław, modlin, majówka


Droga do Schroniska.



Aby wyjazd wyszedł jak najtaniej. To postanowiliśmy zamieszkać w schronisku dla młodzieży. Na granicach Wrocławia. Pół godziny od rynku. 
Ale najpierw trzeba było wydostać się z lotniska. Początkowo plan był taki, żeby taksówką jechać z lotniska do schroniska. Ale, że byliśmy wcześniej to wyrobiliśmy się na 406 na dworzec główny. Szybki zakup biletów w biletomacie. I mała dezorientacja. Bo przez chwilę pomyśleliśmy, że przystanek na którym mamy wysiąść jest już następnym. Ale na całe szczęście jakiś pan nas uświadomił, że jesteśmy debilami i, że się mylimy. I powinniśmy jechać do końca trasy. W ogóle zabawne, że tu biletomaty mają nawet w starych poczciwych Ikarusach i Jelczach. A drugą ciekawą rzeczą odnośnie biletów jest to, że w kioskach mają automaty do drukowania biletów. Powinni coś takiego wprowadzić w Warszawie.



Dojechaliśmy do Dworca. I co z tego, skoro już ostatnia N-ka odjechała. Mogliśmy jechać 241. Ale od niego jest 15 minut drogi. A poza tym nie chcieli mnie słuchać, żeby nim jechać. Może i dobrze. Bo byśmy się pewnie pogubili jeszcze bardziej. 
Z rozpaczy poszliśmy do KFC coś zjeść. A kolega kierownik wycieczki zadzwonił po taksówkę. 
Dojazd wyszedł połowę taniej niż gdybyśmy mieli jechać z lotniska.

Jesteśmy przy bramie Lotniczych Zakładów Naukowych. Gdzie do cholery jest budynek schroniska? Chodzimy po całym terenie. Już po północy. Wszędzie jakieś samoloty i helikoptery. Myślę, czy by sobie nie wsiąść do odrzutowca. W końcu w GTA całkiem dobrze mi szło sterowanie takim. Ale nie. Szukamy dalej. 
Okazuje się, że schronisko jest ukryte na samym końcu terenu. Za jakimiś krzakami. 
Przybyliśmy. Pani "która tu nie pracuje", ale pracuje tylko mówi, że nie pracuje jest na nas zła, że tak późno. Że nie będzie miała jak nas położyć. Musiała nas rozdzielić. Po dwie osoby w innych pokojach. Koedukacyjne. No nieźle. Płacimy. Wyszło pani, że mamy razem zapłacić 480 zł. CO KURWA? Jakim cudem. Źle przeliczyła. Wyszło trzysta coś za 4 osoby. Oddałem całe swoje 300 zł na wyjazd. Płakałem jak oddawałem. Czułem się taki bezbronny, gdy byłem w obcym mieście i nie miałem w portfelu nawet grosza. Ale co tam. Jutro mi zwrócą. 

Z buta wjeżdżam...po cichutku do pokoju. A tam trzy łóżka piętrowe. Na jednym śpi jakaś niewiasta. Staramy się ogarnąć jak najciszej. I tak się obudziła. Zaraz jeszcze przyszedł jeden kolega, którego pani "która tu nie pracuje" przeniosła do nas. Będzie się jeszcze trzeba pozbyć tej niewiasty następnego dnia, aby czwarty kolega mógł do nas dołączyć.
Dwa łóżka były zajęte, ale nie było lokatorów. Wrócili dopiero o trzeciej w nocy. No ładnie. 
A w regulaminie napisane, że do 22 trzeba wrócić. Kilka punktów regulaminu się złamało. No cóż. 
Ogarnęliśmy się i zmęczeni podróżą runęliśmy na łóżka i usnęliśmy. I ze strachem czy ktoś w nocy nas nie okradnie. A bo to wiadomo? Nie spałem nigdy z obcymi ludźmi w pokoju. A nie, kłamie. Spałem na koloniach. Ale to co innego.

Zabawne, bo chciałem cały wyjazd opisać w jednym poście. Ale ten mi wyszedł taki długi, że będę musiał podzielić je na dni. Ta relacja jest trochę "Za długie, nie czytam". Ale będę miał spisane chociaż wspomnienia. I to się liczy najbardziej.
A w następnym poście relacja z dnia kolejnego. Będzie on ciekawszy.



Czytaj dalej ...

Podróże z Panem Grapefruitem #2

23 listopada 2012

Po ostatniej sesji Pan Grejpfrut się zawstydził i nie chciał już pozować, co nie znaczy, że nie robiłem foteczek. Ale Pan Grejpfrut mi towarzyszył do końca. Dlatego też wciąż są to podróże z Panem Grejpfrutem. 


Przez te parę dni wiele się nauczyłem. Od obsługi aparatu, przez kadrowanie po naświetlanie lub prześwietlanie zdjęć. Jak na osobę, która pierwszy raz w życiu dłużej trzymała lustrzankę myślę, że nawet ładne zdjęcia mi wyszły. Niektóre są lekko przerobione, niektóre bardziej. A niektóre czyste, bez edycji.
(Naciśnij zdjęcie, aby powiększyć)

15 najlepszych zdjęć :

1. 

2.


3. 


4.


5.


6.


7.


8.


9.



10.


11.


12.


13. 


14.


15.


Zdjęcia nie są ustawione w jakiejś specjalnej kolejności. Są losowe. Które zdjęcie podoba Ci się najbardziej? Osobiście 6 podoba mi się najbardziej. A na drugim miejscu jest jego poprzednik, czyli 5 zdjęcie.

Dobranoc

PS. Proszę nie kraść tych zdjęć. Wystarczy skontaktować się ze mną, a udostępnię! (Zapraszam do zakładki Współpraca)
Czytaj dalej ...

Podróże z Panem Grejpfrutem #1

19 listopada 2012

Dzień Dobry.

Jestem w szalonej podróży z Panem Grejpfrutem.

Oto Pan Grejpfrut:

Jest to wesoły osobnik, który wiecznie się uśmiecha.
Genialny towarzysz do podróży.
Mimo tego, że jedzie sobie wesoło w siatce i tak się uśmiecha.
 
W piątek zaczęliśmy się szykować do wyjazdu na 
Warsztaty Fotograficzne w Bieszczady na 6 dni.
A w sobotę wyjechaliśmy. Podróż była wesoła.
Dojechaliśmy na 18. 
A w niedzielę ruszyliśmy w plener w Komańczy. 
A nasz leniuch był noszony na rekach, ten to ma dobrze.

 Szła z nami suka, którą nazwałem Andrzej
 i mimo, że później dowiedzieliśmy się jak ma na imię to Andrzej się już przyjęło

Gdy był postój położyłem Pana Grejpfruta na  mchowej poduszeczce
Odwróciłem głowę i nagle na jego miejscu była szyszka.
Ale się zdziwiłem i jednocześnie przestraszyłem, że znikł mój towarzysz.
No i zaczęły się poszukiwania po tym mhrocznym lesie.
Już myślałem, że to On, ale to tylko grzyby.
Na szczęście udało mi się znaleźć jego kryjówkę w starym pniu.
Oj nie dobry ten Pan Grejfrut.
 Przypadkiem znalazłem mózg i sobie wszczepiłem.
Spotkaliśmy Krówczaki, bardzo seksowne Krówczaki.
Strasznie się męczyłem z sfokusowaniem Pani Jagódki. 
Tak w ogóle w piątek byłem na szkoleniu z Kominkiem,
a w Sobotę byłem już "Pod Kominkiem"

I tak mineły pierwsze 2 dni naszej podróży. 

Czytaj dalej ...